PKP

Zostałem wysłany z pracy na szkolenia do Warszawy. Ogólnie to średnio lubię te szkolenia, żeby nie powiedzieć, że ich nienawidzę. Raczej nikt niczego nowego się na nich nie uczy, a każdy się wymądrza i krytykuje prowadzącego, ale taka już chyba specyfika pracy w piłce nożnej. W końcu żyjemy w kraju, w którym jest czterdzieści milionów trenerów piłkarskich. Moje problemy tego dnia zaczęły się już w momencie zakupu biletu. Zamiast zrobić to przez Internet jak każdy cywilizowany człowiek i wygenerować fakturę online, księgowa koniecznie musiała mieć fakturę z podpisem osoby wydającej, bo jej zdaniem urząd skarbowy zakwestionuje fakturę bez podpisu osoby uprawnionej do jej wystawienia. W efekcie musiałem grzecznie ustawić się w kolejce na dworcu i czekać aż zostanę obsłużony.

Stanąłem więc w tej kolejce po bilet i fakturę, a ta w ogóle się nie poruszała. Lekko zdziwiony całym zdarzeniem postanowiłem zobaczyć, co się dzieje i dlaczego działa tylko jedna kasa. Szybko okazało się, że jakaś kobieta kupowała bilety dla całej pielgrzymki jadącej do Lichenia. Natomiast druga kasa była zamknięta z powodu przerwy. Zobaczyłem jednak, że przerwa zaraz się kończy i postanowiłem, że poczekam na jej otwarcie, zamiast stać w dziesięcioosobowej kolejce i się denerwować.
Nie minęło pięć minut, gdy kasjerka otworzyła kasę. Byłem pierwszy. Spokojnie zbliżyłem się do okienka, gdy nagle z kolejki obok, w szale bitewnym rzuciła się na mnie kobieta. Stary, wredny babsztyl, który nie wiedzieć czemu uzurpował sobie miejsce przede mną. Nim się spostrzegłem, ona stała już przy okienku i zaczęła mnie odpychać.
– Przepraszam, ale co pani robi?! Przecież widzi pani, że tu stoję – powiedziałem dość mocno podirytowany.
– Ale ja tu stałam wcześniej! Ja tu stałam jak pana jeszcze nie było na dworcu, ale kasę zamknęli – wysyczał pełnym jadu tonem stary babsztyl.
– Nawet jeśli była pani tutaj wcześniej i pilnowała kolejki do tej kasy, to można grzecznie to powiedzieć. Wtedy z pewnością bym panią przepuścił, a nie że wypycha mnie pani z miejsca, w którym stoję – odpowiedziałem.

Ona oczywiście nie powiedziała już nic. Obruszona jedynie faktem, że ktoś śmiał ją upomnieć, spojrzała na mnie krzywo.
Ostatecznie kupiłem bilet – chociaż z fakturą nie obyło się bez problemów, bo potrzebny był podpis kierownika.

W z kompletem glejtów udałem się na peron. Nie jechałem Pendolino, bo byłbym w Warszawie o jakieś cztery godziny za wcześnie, a poza tym raczej by mnie ukatrupili w pracy, że za miejskie pieniądze wożę się wysokiej klasy pociągiem.

Na peronie było nie za ciekawie. Stało sporo osób, które najwidoczniej tym samym pociągiem wybierały się w podróż. Szybko zlustrowałem wzrokiem ludzi, którzy za moment mieli się stać moimi współtowarzyszami podróży i nie napawało mnie to optymizmem. Najbardziej nie podobało mi się trzech Sebków w butach do piłki halowej i pięknych ortalionowych dresach. Jak na sportowców przystało mieli ze sobą podróżne torby, które znaleźli prawdopodobnie w zakurzonych domowych pawlaczach i dwulitrową butelkę po coli, w której oprócz napoju było chyba coś jeszcze, a wskazywał na to wyjątkowo jasny jak na colę kolor tego płynu. Nieopodal Sebków stało kilku emerytów i dość liczna grupa dzieci z zespołem downa. Nie żebym miał coś przeciwko chorym dzieciom, ale niestety zdaję sobie sprawę z czym to się często wiąże i prawdopodobnie dwójka opiekunów będzie miała problem z zapanowaniem nad nimi.

Z dziesięciominutowym opóźnieniem przyjechał pociąg – stara krypa, która już dawno powinna zostać zezłomowana. Ludzie z peronu rozpoczęli szturm na wejścia do wagonów. Na prowadzenie wysunął się król Janusz, którego morda wydawała się zaraz rubasznie ogłosić wielki triumf.

– GRAŻYNA, WYGRAŁEM! JESTEM PIERWSZY!

Chuj wie, co wygrał. Jednak jego mina mówiła wszystko – był dumny jak paw, bo stanął pierwszy przy drzwiach do pociągu. Zanim otworzyły się drzwi pociąg przesunął się jeszcze o jakieś cztery metry do przodu. Patrzę na Janusza, a jego mina rzednie. Chłop dostał kurwicy. Dosłownie. Jednak nie wygrał, wyprzedzili go inni. Miałem wrażenie, że wszyscy zaraz pozabijają się w wyścigu o to, kto z nich wejdzie pierwszy – tak jakby miejsc miało zabraknąć, a miejscówki na biletach miały nie istnieć. Wszedłem zaraz za tłumem. Szybko znalazłem przedział i zająłem swoje miejsce.

W przedziale siedziała jakaś babinka z wnusiem. – Dzień dobry – powiedziałem wchodząc do środka. Babcia chyba spała, chociaż powiem szczerze, że równie dobrze mogła nie żyć. Gdy pociąg ruszył jej ciało poruszało się idealnie w rytm podskakiwania pociągu. Natomiast wnusio był odzwierciedleniem typowego przygłupa. Wysoki, chudy, pryszczaty, a na dodatek taki lekko rudawy. Na patyczkowatych nóżkach białe zaciągnięte pod same łydki skarpety ze znaczkiem Nike i eleganckie klapki tej samej marki. Do tego spodnie trzy czwarte i koszula w kratę z krótkim rękawem dopełniały idealnego obrazu tego człowieka. W rękach trzymał jakiś tablet i z wielkim zaangażowaniem stukał palcami w jego ekran. Postanowiłem nie zwracać na nich uwagi i włączyłem audiobooka.

Przez jakieś dwie godziny nie działo się zupełnie nic. Babcia dalej gibała się w rytm jazdy pociągu, a wnusio zapalczywie uderzał w ekran tabletu. Ciekawie zaczęło się robić, gdy za stacją Częstochowa, wnusio lekko zgłodniał. Coś tam burknął do babki, a ta, jakby dalej nie żyła, nie odpowiedziała mu nic. Wyciągnął z jej torby pudełeczko i postanowił rozpocząć konsumpcję. Wewnątrz pudełka znajdowały się prawdopodobnie jakieś kanapki i to co uwielbiam w wśród polskich podróżników – ugotowane na twardo jajka.
Nie minęły dwie minuty, gdy w całym przedziale zaczęło śmierdzieć tymże jajkiem. Młody obrał je ze skorupki i zjadł, ciamkając przy tym z zadowoleniem.
Ponieważ zapach był nie do zniesienia, postanowiłem otworzyć drzwi i przewietrzyć ten niezbyt przyjemny zapach.
– Przepraszam, czy mógłby pan zamknąć te drzwi? Bo babcia się przeziębi – zapytał grzecznym tonem wnusio.
– Oczywiście, już zamykam, chciałem tylko przewietrzyć, trochę w tych pociągach jednak śmierdzi – odparłem nieco złośliwie.
– Spokojnie, zaraz otworzę okno i się przewietrzy – odpowiedział mi uspokajającym tonem chłopaczek.

No tak, kurwa – otwarte drzwi, to się babka przeziębi, ale okno, to już nie. Żelazna logika! – pomyślałem, ale już nic nie mówiłem.

Tak więc zaraz po zjedzeniu pysznego jajeczka, dobry wnusio postanowił, co by się babka nie przeziębiła, otworzyć okno. Trochę się biedaczyna namęczył, ale jednak udało mu się stworzyć lukę na około trzydzieści centymetrów. Patrzyłem na niego z lekkim politowaniem, gdy nagle jego inteligencja i znajomość fizyki całkowicie mnie zaskoczyły. Postanowił wyrzucić przez okno skorupki. Pociąg pędził z prędkością około stu kilometrów na godzinę, a ten wziął skorupki w rękę, zamachnął się mocno i rzucił nimi w lukę.
Niestety, nie przeleciały przez okno. Odbiły się jakimś to dziwnym zbiegiem okoliczności od powietrza i wróciły do środka, rozsypując się po całym przedziale.

Tego już było za dużo, parsknąłem śmiechem i postanowiłem udać się do wagonu z WARSEM. – Życzę miłej podróży – powiedziałem, chyba dość wrednie, na odchodne do wnusia i starszej kobiety. – Dziękujemy serdecznie! – niespodziewanie odpowiedziała jednak żywa babcia.

Myślałem, że to już koniec przygód. Niestety w WARSIE siedział jegomość, które karnacja mogła wskazywać na romskie pochodzenie. Obok niego stało dwóch konduktorów, którzy usiłowali go przekonać, że powinien się wylegitymować, gdyż są zmuszeni wystawić mu mandat za brak biletu. Śniady mężczyzna coś mamrotał pod nosem. Nie z bardzo rozumiałem, jakie słowa wydobywają się z jego ust, ale było to coś w stylu: – Pana, ja ni mom piniondzonów, a musza dojechać do rodziny. Impas trwał jakieś pół godzinym. Dopiero, gdy pociąg zatrzymał się – chyba – w Piotrkowie jeden z konduktorów wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Szybkim ruchem chwycił plecak pasażera na gapę i wyrzucił go na peron. Rom zerwał się z miejsca i poleciał za plecakiem, natomiast pociąg udał się w dalszą podróż.

Przygód już więcej nie na szczęście nie było, ale czekała mnie jeszcze przeprawa przez Warszawę.

Znajdź mnie na Facebooku