Nienawidzę mojej matki cz. 1

Moja matka nie jest normalna. Odkąd pamiętam wpajała mi do głowy jakieś głupoty. – Jeśli chcesz znaleźć sobie męża, to musisz się nauczyć gotować i sprzątać – mówiła mi… siedmioletniej wówczas dziewczynce.
Kiedy chciałam pobawić się lalkami, to ona zmuszała mnie do zabawy w dom, a jak chciałam, żeby mi poczytała na dobranoc, to włączała kreskówki i szła do komputera.

Na moje nieszczęście urodziłam się w 2001 roku i niemal wszystkie moje zdjęcia z okresu dzieciństwa trafiły do sieci. Może i nie jestem w tym jedyna, ale w gimnazjum nie miałam łatwego życia. Jedna z takich fotografii, na której siedzę nago w wannie, została przez szkolnych kolegów wydrukowana i obklejono nią cały korytarz.

Prosiłam matkę, żeby pousuwała te zdjęcia z internetu, ale żadne argumenty do niej nie trafiały. – Takim ślicznym dzieckiem byłaś! Dlaczego mam usuwać te zdjęcia? – zwykła mawiać.
Za nic miała to, że wracałam ze szkoły zapłakana, a przez jej głupotę stałam się obiektem drwin.

Jak tak teraz o tym myślę, to nawet nie dziwię się, że ojciec ją zostawił. Szkoda tylko, że przy okazji zostawił mnie z nią, a swoją nieobecność próbował nadrabiać drogimi prezentami. Ale pal licho ojca, bo to głównie przez matkę mam obecne problemy.

***

Po gimnazjum przeprowadziłam się z Katowic do Gliwic – do taty. Miałam dość mieszkania z tą nawiedzoną kobietą, która całe dnie spędzała grając w jakieś durne gry na Facebooku. Gotowała nam babcia, sprzątać musiałam ja, bo ta idiotka nie potrafiła zająć się niczym. Ojciec przelewa jej bardzo wysokie alimenty, więc do żadnej pracy chodzić nie musi – twierdzi, że ma depresję, ale moim zdaniem, spowodowaną lenistwem. Woli żerować na swoich rodzicach i byłym mężu.

Na szczęście udało mi się ją przekonać, że chcę iść do liceum w Gliwicach i zamieszkać przez ten czas z tatą. Oczywiście naściemniałam, że to głównie dlatego, że chcę później spróbować dostać się na architekturę, a właśnie w Gliwicach przygotują mnie do tego najlepiej. I tak udało mi się od niej uciec.

***

W nowym otoczeniu miałam czystą kartę i szybko odnalazłam w sobie pewność siebie, której mi wcześniej brakowało. Poznałam fajnych ludzi, którzy stali się moimi przyjaciółmi, i chłopaka, w którym zakochałam się po uszy. W gimnazjum nie należałam do najładniejszych dziewczyn. Wyglądałam dość pokracznie, wysoka, chuda i na dodatek wiecznie zgarbiona.”Quasimodo, nie garb się”, „Te, Żyrafa, schyl się, bo tablicę zasłaniasz” – dokuczali mi rówieśnicy.

W liceum było inaczej. Może dlatego, że w końcu przestałam się garbić, a moje sto siedemdziesiąt osiem centymetrów stało się atutem. Nabrałam też bardziej kobiecych kształtów i pierwszy raz w życiu poczułam się atrakcyjna.

***

Sielanka trwała dwa lata. W wakacje po drugiej klasie liceum wyjechałam z ojcem i jego nową rodziną do domku na Mazurach. Kupili ziemię nad Śniardwami i wybudowali dom, który od kwietnia do końca września był okupowany przez letników. Z jedynie trzytygodniową przerwą, kiedy po zakończeniu roku szkolnego jeździliśmy tam na wakacje.

Po gościach zawsze zostawały jakieś usterki, które trzeba było naprawić.
– Keja jest uszkodzona – powiedział mój ojciec, wchodząc do domu. Powiedział to w taki sposób, że miałam wrażenie, że się cieszy.
– Coś poważnego? – zapytała Weronika, moja macocha.
– Deski popróchniały i trzeba je wymienić – odpowiedział.
– I dlatego się cieszysz?
– Ciesze się, bo będzie coś do roboty przez całe trzy tygodnie.
– No tak, zapomniałam, że najlepiej odpoczywasz pracując – powiedziała Weronika i uśmiechnęła się do mnie.

Lubię ją. Nie jestem jej córką, ale jest między nami jakaś wieź, której nie potrafię opisać. Weronika jest bardzo ładna, ma szlachetne rysy twarzy, jest niewysoką, filigranową brunetką i bardzo kocha mojego tatę. Są razem od dziesięciu lat i wyglądają na bardzo zgraną parę. Pięć lat temu urodziła im się córeczka Ola. Niezwykle kochane i słodkie dziecko.

***

To była niedziela. Tego dnia bawiłam się z Olą przy brzegu, a Weronika z moim tatą demontowali spróchniałe deski z kei. Zawsze pracowali razem – niezwykle uroczy widok. – Bardzo bym chciała w przyszłości stworzyć taki związek – pomyślałam. Mała taplała się w wodzie, a ja chodziłam obok i pilnowałam, żeby nie oddalała się od brzegu. Nagle poczułam ból w prawej stopie. Nadepnęłam na coś. Podniosłam stopę, a w niej na około centymetr miałam wbity gwóźdź, wystający z jakiejś starej deski. Rana nie była zbyt poważna, więc nawet nie pomyślałam, żeby ja zdezynfekować.

***

Przez dwa dni zupełnie nie pamiętałam o skaleczeniu. Coś dziwnego zaczęło się dziać we wtorek wieczorem. Rana zaczęła boleć, a na dodatek poczułam skurcze w stopie. W środę powiedziałam o tym mojemu tacie i Weronice.

***

Teraz leżę w szpitalu. Okazało się, że moja matka naczytała się jakichś bzdur w internecie i kiedy powinna, nie zaszczepiła mnie przeciwko tężcowi… Mówiłam, ona jest nienormalna… CDN.

Znajdź mnie na Facebooku