Nie jest łatwo być kobietą…

Patrzę na nią codziennie rano. Zwłaszcza w dni, w które zbiera się do pracy. Wygląda niezwykle zabawnie. Najpierw robi sobie kawę, koniecznie czarną, bo tylko taka jest w stanie postawić ją na nogi, a następnie przyrządza sobie śniadanie. Raczej nie jadamy rano razem. Głównie dlatego, że należę do osób, które wolą zjeść pierwszy posiłek w pracy.

Ona natomiast, bez przynajmniej dwóch kaw i posiłku z domu nie wyjdzie. Wstaje znacznie wcześniej, około szóstej trzydzieści, kiedy ja jeszcze co najmniej godzinę będę słodko spał, ona już zaczyna swój poranny rytuał.

Podczas pierwszej kawy i śniadania ogląda kanały informacyjne. Robi to zawsze na tyle cicho, żeby mnie nie obudzić.

Nie rozmawiamy przed drugą kawą. Oprócz kilku pytań, o położenie różnych rzecz i przywitania się – właściwie się nie odzywamy. Nie jest na mnie obrażona. Po prostu rano nie należy do rozmownych osób. Jest moim zupełnym przeciwieństwem – ja rano najchętniej bym śpiewał i puszczał wesołe piosenki, na przykład takich Figo Fagot – ale tego nie robię. Zawsze kończyło się to poranną awanturą, której teraz wolę unikać.

Wychodzi spod prysznica i siada na kanapie. Czas na drugą kawę i krótki seans ulubionego serialu. Po kąpieli zwykle ogląda „Przyjaciół”, po raz – chyba – setny. Mam wrażenie, że każdy odcinek zna na pamięć, jednak w przeciwieństwie do mnie nie cytuje ich. Ja natomiast potrafię zacytować i sparafrazować każde znane zdanie z polskich komedii pokroju „Kilera” czy „Chłopaki nie płaczą”.

Zbliża się ósma, a moja żona zaczyna się ubierać. Ubiera się powoli. Nie przygotowała sobie żadnych ubrań dzień wcześniej, bo to i tak nie miałoby sensu – jej koncepcja zmieni się jeszcze kilka razy.

Zawsze kiedy mam wrażenie, że jest już ubrana i gotowa do wyjścia, tak naprawdę to nawet nie jest w połowie porannych zmagań.
– Jak wyglądam? – pyta.
– Ładnie – odpowiadam, trochę już z automatu, bo zdaję sobie sprawę, że moje zdanie nie ma żadnego znaczenia.
– Ale ładnie czyli średnio, czy ładnie czyli pięknie? – dopytuje.
– Szczupło – odpowiadam.
– A idź. Taka gadka z tobą – mówi trochę śmiejąc się, a trochę stresując brakiem czasu.

Idę się kąpać. Jeszcze nie zdążę się na dobre rozgościć w łazience, a ona już jest w zupełnie innych ciuchach.
– O, tak jest lepiej – mówię.
– Ale spodnie mi nie pasują – nie uważasz, że są za luźne?
– No, takie sobie kupiłaś, ale fajnie to wygląda. Tak mhmm, oversizowo – dodaję, wypowiadając ostatnio zasłyszane nowe „polskie” słowo o na za duże ubrania.
– W ogóle nie jesteś pomocny – dodaje i wychodzi z łazienki.

Wychodzę spod prysznica. Jest Ósma trzydzieści – od trzydziestu minut powinna być w pracy.
– Znowu się przebierasz? – pytam.
– Tak, bo tamte spodnie wyglądają bardziej jak na miasto aniżeli do pracy.
– Ale przecież jest piątek, a podobno macie w pracy te swoje „Casual Friday”.
– Tak, ale to nie znaczy, że mogę wyglądać jak cygańskie dziecko na bazarze.

Ubieram się i pakuję do torby laptopa – moja żona zakłada buty.
– W tych czy w tych? – pyta po raz kolejny.
– Weź te czarne botki – po raz kolejny odpowiadam.

Biorę kurtkę i szukam parasola. Akurat pada deszcz, a nie lubię moknąć, mimo że do przejścia mam sto metrów.
– Musisz brać parasol – pyta.
– No, chciałem. Pada – odpowiadam.
– Ale masz dwie minuty do samochodu, więc po co ci?
– Ty też masz dwie minuty do samochodu, poza tym masz swoją, więc o co ci chodzi? – zaczynam się powoli irytować.
– Zostawiłam w pracy i mi się włosy pokręcą.
– No dobra, trzymaj – teatralnie wzdycham i wychodzę z mieszkania.

Wolę dać jej ten parasol. Mam do wyboru poranną kłótnię albo sobotnie śniadanie, a zdecydowanie bardziej wolę śniadanie.
– Michaś! – woła za mną żona.
– No…?
– Jeszcze pytanie. Te czy te?
– Obojętne. Kocham cię.

Najciekawszym jest fakt, że całe te poranne zmagania i strojenie się z zawoalowanymi zasadami, w których chcąc, nie chcąc uczestniczę jako portfel i pierwszy juror, nie dotyczą mnie. One dotyczą innych kobiet. To dla nich się stroi, żeby w pracy móc usłyszeć: „Jezu, jak Ty ślicznie dzisiaj wyglądasz!”, „O Boże, jakie ty masz śliczne buty!”, „ Jaka super sukienka? Gdzie kupiłaś?!”. Ech…

Znajdź mnie na Facebooku