Kochane Madki

Wracam z pracy i mam już dość tego tygodnia. Dobrze, że się skończył. Najchętniej zaszyłbym się w domu, odpalił konsolę albo przeczytał dobrą książkę i nie wychodził do niedzieli. Teraz jednak czeka mnie jeszcze godzinna podróż i raczej szybko nie zaznam spokoju.

Wsiadam do pociągu nakładam słuchawki i wyłączam się od otoczenia.

Jest piątek. Wieczorny kurs między Gliwicami a Katowicami ma jednak to do siebie, że pełen jest bardzo specyficznych ludzi. Banda dzieciaków, które jadą do popularnego „Energy 2000” i drą mordy, dresy, które uciekają przez cały pociąg przed konduktorem, bo nie mają biletu, a także niedobitki z Woodstocku, których można spotkać wszędzie, przez cały rok – chyba, że akurat trwa Woodstock, to wtedy ich nie ma, bo są na Woodstocku.

Nieważne. Ten pociąg po prostu jest inny, a na każdej stacji pośredniej dosiada się coraz ciekawszy element śląskiego społeczeństwa.

Dzisiaj jest jednak w miarę spokojnie. Gdzieś z tyłu pociągu dochodzi mnie – pomimo założonych słuchawek – dopiero trzecie wykonanie „Miód Maliny”. Szybkie Sebastiany przeleciały obok mnie tylko dwa razy, w efekcie powoli przysypiam. Pociąg zbliża się do Rudy Śląskiej, a dokładnie do Chebzia – takiej dzielnicy Rudy Śląskiej.
– Mirek, weź te torby i wózek, a ja zajmę miejsce – krzyczy jakaś kobieta, której twarzy jeszcze nie widzę.
– Mirek, głuchy jesteś? Weź to ode mnie, bo nam wszystkie miejsca pozajmują.
Patrzę na drzwi i nadal nikogo nie widzę, jedynie słyszę ten babski jazgot.

Do pociągu po dłuższej chwili pakuje się typowa śląska rodzina. Gruba baba, jej chudy jak patyk facet i dwójka dzieci, nad którymi oboje nie potrafią zapanować. Jedno lata jak popierdolone – prawdopodobnie około dziesięcioletni chłopiec, a drugie – mniejsze – drze się wniebogłosy, że nie chce nigdzie jechać i chce z powrotem do babci.
– Ależ piękny, zdrowy chłopiec – odzywa się siedząca obok mnie starsza pani.
– Zdrowe, bo nieszczepione – odpowiada dumna z siebie, rządząca familią kobieta, a ja parskam śmiechem. Zerkam na nią i widzę ten przeszywający wzrok.
– Ma pan jakiś problem? – pyta.
– Nie, nie. Tak się tylko zaśmiałem. Z opowiadania, które słucham – odpowiadam ze złośliwym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
– My tu chcemy usiąść – mówi po chwili gruby babsztyl, tak jakby do mnie, siedzącej obok starszej kobiety i młodego chłopaka na przeciwko.

Nikt nie reaguje.

– Powtórzę jeszcze raz. My tu chcemy usiąść! – wydziera się kobieta, nie używając przy tym nawet jednego zwrotu grzecznościowego. Ona żąda od ludzi, żeby się przesiedli w inne miejsca, bo zamierza wraz z rodziną zająć pociągową lożę.

Wnętrze pociągu jak na ten dzień i godzinę jest niemal puste. Miejsc jest w cholerę, ale ona musi usiąść akurat w tym konkretnym. Wszyscy bez słowa przesiadamy się, żeby mamuśka mogła zrobić swoje legowisko. Nikomu nie chce się z nią dyskutować.
– Co za ludzie, nawet matce z dziećmi miejsca nie ustąpią – rzuca do swojego męża zbulwersowana. Chłop nic nie odpowiada i wygląda na przestraszonego całym zajściem.

Rodzinka rozsiada się i z reklamówek zaczynają wyciągać jakieś smakołyki. Dojeżdżamy powoli do Chorzowa, małe dziecko się uspokaja – chyba zasnęło. Duże natomiast zaczyna bawić się resorakiem, rodzice milkną, zajęci konsumpcją czipsów i jakichś słodyczy. Powoli przyzwyczajam się do mlaskania i staram się ponownie wyłączyć.

„Nagle – gwizd!
Nagle – świst!
Pociąg – w ruch!
Baba – buch!”

– MIREK! CYCE MNIE BOLO! BEDE KARMIŁA! BUDŹ MAŁEGO! – krzyczy i ściąga kurtkę, potem ściąga polar i zostaje w samej przykrótkiej, poplamionej koszulce. Fałdy tłuszczu wylewają się spod koszulki. Kobieta wyciąga pierś i zaczyna karmić na oko pięcioletniego chłopca.
– Ale zostaw mi trochę – komentuje sytuację podekscytowany mąż żartując. Chyba żartując, bo patrząc na jego minę zaczynam mieć wątpliwości.

Nie raz widziałem kobiety karmiące raczej małe dzieci w pociągach czy w parkach, ale z reguły robiły, to tak dyskretnie, że nikt nie zwracał uwagi. Nawet wyglądało to bardzo sympatycznie, ale tym razem – zrobiło mi się naprawdę niedobrze.

***

Kiedy wysiadłem w końcu z pociągu, i pozbyłem się towarzystwa wspomnianej wyżej rodziny, udałem się do domu. Przez cały weekend zamierzam czytać książki. Z dala od paskudnych mamusiek i wszystkiego co z nimi związane, a już zwłaszcza z dala od internetu, który generuje tego typu potwory.

Znajdź mnie na Facebooku