Jak zostałem pantoflarzem

Niespełna pięć lat temu zostałem zmuszony do opuszczenia studenckiego mieszkania. Postanowiłem wtedy wraz z moją – jeszcze – dziewczyną kupić na kredyt coś, co w przyszłości stanie się naszą własnością. Akurat natrafiła się niezła okazja. Jakieś osiem kilometrów od centrum wybudowano nowoczesne osiedle – trochę na zadupiu, ale jednak dalej w granicach administracyjnych miasta. Blisko bloku miałem mieć nadrzeczny bulwar i dużo otwartych przestrzeni. Niespełna dziesięć minut spacerem dzieliłoby mnie od jednego z nowoczesnych stadionów, który wybudowano z okazji piłkarskich Mistrzostw Europy. Cieszyłem się jak małe dziecko, w końcu będę mieszkał daleko od miejskiego zgiełku, w końcu bez wycia syren samochodów wszelakich służb i wzajemnego trąbienia na siebie, niezadowolonych z jazdy innych, kierowców.

Mieszkanie remontowałem częściowo sam. Moja – jeszcze – dziewczyna powoli zaczynała się wkurzać, że trwa to strasznie długo. Jako syn inżyniera nie dopuszczałem jednak do siebie myśli, że wielu rzeczy nie będę umiał zrobić sam. I tak wspomagając się filmikami na Youtubie udało mi się podwiesić sufity, postawić kilka ścianek działowych, położyć w miarę równo panele, potłuc nową umywalkę i zmarnować kilka litrów farby.
Ostateczny koszt urządzenia mieszkania ze stanu deweloperskiego, dzięki moim działaniom, zamiast zmaleć – wzrósł o jakieś trzydzieści procent. A na dodatek zamiast dwóch do trzech miesięcy, cały remont trwał jakieś siedem. Czas, który mogłem poświęcić na zarabianie pieniędzy, poświęciłem na zabawę w Boba Budowniczego.

Już w tym czasie moje kontakty z kumplami uległy pogorszeniu. Spotykaliśmy się coraz rzadziej. Ze dwa razy przyjechali mi pomóc, ale zawsze wyglądało to tak, że oni żłopali browary, a ja coś tam dłubałem.

– Mieliście remontować, a nie palić papierochy i pić piwsko – usłyszałem pewnego dnia od Kaśki, która akurat wpadła zobaczyć, jak idzie remont.

Gdy w końcu wprowadziliśmy się na nowe mieszkanie, zbyt długo nim się nie nacieszyliśmy – moja dziewczyna straciła pracę. W tym czasie jej matka stała się naszym częstym gościem, a ja nigdy nie byłem fanem tej kobiety. Była emerytowaną nauczycielką, która całe życie miała wszystko podane na tacy. Ojciec mojej dziewczyny był właścicielem dużej kancelarii adwokackiej, a po rozwodzie połowę majątku musiał oddać byłej żonie.
W końcu moja dziewczyna stała się narzeczoną, ale nasz związek stawał się coraz trudniejszy i było w nim coraz ciaśniej. Jej matka odwiedzała nas niemal codziennie, krytykując przy byle okazji mnie i ojca Kasi. Często słyszałem z jej ust dziwne inwektywy. – A ten twój Tomek, to chyba nie dba o ciebie za bardzo? Lodówka pusta. Może zrobię ci Dziubeczku jakieś zakupy? – dogryzała pani Mirosława.

Nie pochodziłem z tak bogatej rodziny jak moja narzeczona i nie ukrywam, że sporo przy urządzaniu mieszkania pomogła jej matka, która zasponsorowała nam meble do sypialni i salonu, a także pięćdziesięciocalowy telewizor. – Dziubeczku, a te mebelki, które ci kupiłam, to jak się sprawują? – nie omieszkała pewnego razu zaznaczyć swojego wielkiego gestu i wobec kogo był skierowany matka Kaśki.

Po dłuższej nieobecności w końcu spotkałem się z kumplami.
– Panowie, nie mogę spotykać się z wami tak często jak za czasów studenckich. Dorośliśmy – tłumaczyłem kolegom.
– Osiem kilometrów od centrum to jednak spory kawałek. Dojazd do pracy zajmuje mi w korkach około godziny, a wieczorami wcale nie bywa lepiej. Komunikacją miejską jadę na rynek czterdzieści minut – dalej starałem się tłumaczyć swoją kilkumiesięczną absencję.
– Stary, wyprowadziłeś się na koniec świata, a teraz marudzisz, że masz daleko – powiedział Piotrek, który nie mógł już słuchać moich wymówek.
– Poza tym gadasz głupoty. Każdy z nas ma dziewczyny, narzeczone, żony, a nawet dzieci i mimo wszystko potrafimy spotkać się raz w miesiącu. A ty zniknąłeś na pół roku i zaszyłeś się na zadupiu. Jeszcze psa sobie kup i najlepiej działkę, to już w ogóle będziesz miał wymówki – dodał dość dobitnie Adam, który jeszcze nie wiedział, że moja narzeczona kupiła yorka kilka tygodni temu.

Czułem się głupio. Mieli sporo racji – powoli stawałem się pantoflarzem.

Wróciłem do domu Uberem, za którego zapłaciłem ponad pięćdziesiąt złotych. – Cholera, faktycznie daleko mieszkam – pomyślałem, patrząc na rachunek w aplikacji. Na parkingu pod budynkiem stało białe Audi TT – samochód Pani Mirosławy. Zestresowany zapaliłem papierosa. Nie miałem ochoty rozmawiać z tą kobietą. Doskonale wiedziałem, jak to się skończy. Zaraz zacznie wytykać mi, że jestem pijakiem jak jej były mąż.

W końcu zebrałem się na odwagę i wszedłem do mieszkania, potykając się o jakąś zabawkę psa.
– Wróciłeś – powiedziała oschle na powitanie moja dziewczyna.
– Tak, wróciłem. Godzinę wcześniej niż mówiłem – odpowiedziałem.
– Ale ty jesteś pijany! – rozpłakała się nagle Kaśka i pobiegła do salonu.

Byłem w szoku. Nie dość, że wróciłem wcześniej, to jeszcze doskonale wiedziała, że widzę się chłopakami i za kołnierz wylewać nie będziemy.

W salonie siedziała jej matka, która z niezadowoleniem kiwała głową. Kasia wtulała się w jej ramię.
– Chłopcze, co ty z siebie robisz? – zapytała zgryźliwie kobieta.
– Wypiłem trzy piwa? To jakiś problem? – odpowiedziałem pytająco.
– Zamiast opiekować się moją córką, wolisz upijać się do nieprzytomności z kolegami? Mówiłam ci córeczko, że wszyscy mężczyźni są tacy sami – dodała Mirosława, zwracając się do mojej narzeczonej.
Nie skomentowałem. Kasia dalej łkała, a ja po wypiciu tak naprawdę czterech piw i kielona czułem się jak śmieć.

Z każdym następnym tygodniem było coraz gorzej. Kaśka nadal nie znalazła pracy, której chyba nawet nie szukała. Całymi dniami siedziała wpatrzona w telefon, a ja starałem się podporządkować jej swoje życie. Przestałem spotykać się z kumplami, stale przedstawiając im jakąś dziwną wymówkę. Przestałem nawet odpisywać im na wiadomości i odbierać telefon. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że z mojego życia nie pozostało nic. Nie mogłem nawet pograć na playstation ani obejrzeć meczu w telewizji. Byłem w pełni podporządkowany humorkom mojej narzeczonej – zatraciłem osobowość.

Pewnego dnia, gdy wróciłem z pracy usłyszałem od niej:

– Tomek, musimy pogadać. Poznałam kogoś…

Znajdź mnie na Facebooku