Burdel na kółkach

Wczorajsza impreza mocno się przeciągnęła. Mieszkanie wygląda jakby przeszło przez nie tornado. Potłuczone szklanki leżą na ziemi, w tym też jej ulubiony półmisek leży potłuczony – tak naprawdę jeszcze nie wiem, czy to jej ulubiony półmisek, ale jak zobaczy, że jest potłuczony to na pewno powie, że to był jej ulubiony.

To Piotrek go roztłukł, ale za bardzo nie pamiętam w jaki sposób. Mam plamy w pamięci. Nie pamiętam skąd na mojej ręce wzięły się jakieś dziwne rany. W sumie po każdym piciu mam takie pamiątki.

Na podłodze leżą też rozsypane chrupki, a podłoga klei się od rozlanych drinków. Miało być kulturalnie. Spotkaliśmy się, żeby obejrzeć mecz i napić whisky. – Kurwa… miało być kulturalnie – złoszczę się sam na siebie. Na początku piliśmy samą whisky, udając, że jesteśmy wielkimi znawcami i koneserami tego alkoholu, a potem dolaliśmy do niej colę. – Koneserzy… Zwykłe moczymordy, a nie koneserzy – złoszczę się dalej sam na siebie.

Jak to ogarnąć? Od czego zacząć? Kac sprawia, że w mojej głowie tworzy się jakaś blokada, przez którą posprzątanie mieszkania staje się zadaniem niewykonalnym.

Zaczynam zebrania opakowań po czipsach i innych zagryzkach. Po mieszkaniu walają się też te małe papieroski od podgrzewacza tytoniu – je też zbieram i wyrzucam. Po kilku minutach siadam na kanapie i włączam telewizor. Akurat skoki lecą, więc chętnie popatrzę, jak Kamil Stoch wygrywa kolejne zawody. Robię wszystko, żeby nie sprzątać, ale tak naprawdę odwlekam nieuniknione. Powoli dopada mnie senność.

Wraca moja żona. Przez trzy dni była na nartach, a teraz wchodzi do mieszkania i uśmiecha się szeroko. Jej uśmiech znika równie szybko jak się pojawił. Patrzy na mnie i na syf. Pewnie musi to śmiesznie wyglądać, ale jej wcale do śmiechu nie jest. Mam opuchniętą od alkoholu twarz, siedzę w przepoconej koszulce i krótkich hawajskich spodniach. Wyglądam jak typowy Janusz na wczasach all inclusive na jakiejś rajskiej wyspie. Nie pasuje jedynie otoczenie – ten burdel w niczym nie przypomina rajskiej wyspy. Wyglądam raczej jak hasiomaszkietnik przyłapany na wyjmowaniu butelek ze śmietnika. – Co tu się działo?! Mieliście tylko obejrzeć mecz, a mieszkanie wygląda jak melina! – krzyczy na mnie na wejściu. – Masz to natychmiast posprzątać! Nie będę przebywać w takim syfie. Jak ty w ogóle wyglądasz?! – Trochę popiliśmy – odpowiadam. – Trochę?! – przecież tu jest z pięć butelek, a was było trzech – coraz głośniej krzyczy. – No, ale nie wypiliśmy wszystkiego, niektóre butelki były już zaczęte, a tej ostatniej nie dopiliśmy – tłumaczę się, tak jakby to w jakikolwiek sposób miało zmienić moje już bardzo trudne położenie. – Jak ty w ogóle wyglądasz? Jak jakiś Janusz! Ogarnij się, człowieku! – dodaje.

Powoli wstaję z kanapy i zaczynam sprzątać. Jeszcze nie widziała tego półmiska, a ja już na początku nie poprawiłem za bardzo swojej pozycji. Może tego nie zauważy i wcale go nie lubiła – łudzę się jeszcze.

Wkładam brudne szklanki do zmywarki. Chowam pozostały po imprezie alkohol i biorę się za odkurzanie. O dziwo idzie mi całkiem sprawnie. Jeszcze tylko umyję podłogę, powycieram blaty i w sumie mieszkanie będzie czyste. Potem doprowadzę siebie do stanu używalności i może przejdzie jej złość. Przecież to normalne, że faceci muszą się czasem napić. Długo się nie widzieliśmy, a na dodatek nasza drużyna wygrała, więc wypicie kolejki za zwycięstwo było przymusowe. Zresztą parafrazując pewną piosenkę „nie po to osiem godzin facet tyra, żeby potem się nie napić piwa”.

– MICHAŁ! CO SIĘ STAŁO Z MOIM ULUBIONYM PÓŁMISKIEM?!

Budzę się nagle. Jestem cały przepocony i przerażony. Na szczęście to był tylko sen albo ostrzeżenie od Boga, co się może zaraz wydarzyć. Skoki już się chyba dawno skończyły i teraz leci snooker. Patrzę na zegarek – spałem ponad trzy godziny. Szybko się ubieram i już chcę jechać do sklepu po ten półmisek. Moich uszu dobiega dźwięk wkładanego do zamka klucza…

Znajdź mnie na Facebooku